czwartek, 21 maja 2015

Moja pierwsza paletka cieni Inglot


Pewnie wiele z was otworzy szeroko oczy i przetrze je z niedowierzaniem kiedy przeczyta że nigdy wcześniej nie miałam styczności z cieniami marki Ingot ;) No cóż, taka jest prawda. Zaskakująca, ale jednak prawda ;) W brew pozorom marka Inglot wcale nie jest mi obca, testowałam już całkiem sporą ilość ich kosmetyków z czego niektóre (tak jak puder HD 505) to moi ulubieńcy, a do innych postanowiłam już więcej nie wracać. Wiec dlaczego w moje ręce nie wpadły jeszcze ich cienie? Szczerze mówiąc, mieszkając w Londynie, dostęp do Inglot'a mam raczej bardzo ograniczony. W całym mieście znajduje się tylko jeden sklep, no i niestety nie znajduje się on na tyle blisko abym mogła wybierać się tam na zakupy kiedy tylko dusza zapragnie. Kiedy jednak już wybierałam się do sklepu Inglot'a, zazwyczaj wpadałam w wir "buszowania" od szafy do szafy, wkładając do koszyka produkty z którymi wcześniej nie miałam styczności, zazwyczaj jakieś nowości na rynku. Akurat podczas żadnego z tych wypadów do sklepu nie byłam w zapotrzebowaniu na cienie do powiek, byłam zadowolona z tego co mam, więc szafę z cieniami odruchowo pomijałam. Do ostatniego razu ;) Może niektóre z was wiedzą o moich desperackich poszukiwaniach brzoskwiniowego cienia do powiek o dobrej jakości (znalazłam taki w Kiko, ale jakość jest tragiczna). Desperackich bo jak na złość nigdzie nie byłam w stanie takiego znaleźć. Postanowiłam że Inglot będzie moim ostatnim przystankiem. Jeśli tam nic nie znajdę, po prostu sobie odpuszczę. No i ku mojemu zadowoleniu, znalazłam to czego szukałam ;)


Zaczęło się od własnie brzoskwiniowo / pomarańczowego cienia (po prawej, na górze). Stwierdziłam że bez sensu jest zaopatrzyć się w wyłącznie jeden cień, kiedy w końcu mam okazję stworzyć sobie cala paletkę ;). Podążyłam "rozsądnym" tokiem myślenia i postanowiłam dobrać standardowy brąz który nigdy się nie marnuje oraz szampański odcień który pięknie rozświetla i otwiera oko. W tamtym momencie zostało mi jedno puste miejsce w paletce i szczerze mówiąc kompletnie nie wiedziałam czym je wypełnić. Nic więcej nie pasowało mi do mojego "schematu", do puki nie zauważyłam przepięknego brzoskwiniowego cienia ze złotymi drobinkami. No po prostu cudo, miłość od pierwszego wejrzenia ;) Teraz to waśnie ten cień jest przeze mnie najbardziej katowany ;)


Inglot 30 (perłowy) to idealny szampański odcień o lekko żółtym zabarwieniu, ale nie jest to nic odstraszającego ;) Tak jak już mówiłam, taki cień to dla mnie podstawa każdej paletki, idealnie nadaje się do aplikacji na całą powiekę lub tez bardziej subtelnie w kącik oka ;)


Inglot 357 (matowy) tutaj też jak na mój gust absolutnie obowiązkowy cień w każdej paletce. Ciepły brąz, idealnie nadający się na całą powiekę do makijażów typu "smoky", lub też standardowo w złamanie powieki aby dodać naszym oczom głębi. Do tego taki brąz pasuje dosłownie do każdego makijażu oka czy też twarzy ;)


Inglot 407 (perła) Ojej ojej, no po prostu cudo. Kolejny dowód mojej obsesji na punkcie brzoskwini i pomarańczy ;) Szczerze mówiąc jest to cień którego kolor nie jest łatwy do określenia. W zależności od oświetlenia, jest on brzoskwiniowy, pomarańczowy lub różowy, ale w każdym przypadku widoczne są drobne i delikatne złote drobinki które sprawiają własnie że ten cień jest tak wyjątkowy. Idealny na całą powiekę.


Inglot 314 (matowy) Na tym cieniu zależało mi najbardziej, to własnie takiego koloru poszukiwałam przez baaardzo długi czas. Jasny, idealny na lato, świeży i delikatny ;) Aplikować można standardowo na całą powiekę, ja jednak kupiłam go z myślą o aplikacji w załamaniu powieki jako kolor przejściowy. 


Z racji tego że nigdy wcześniej nie miałam styczności z cieniami Inglot, postanowiłam na prawdę dokładnie się im przyjrzeć i porządnie przetestować w celu wyrobienia własnego zdania na ich temat ;) Pozytywnych opinii na ich temat jest nie mało, wiec już od początku miałam jakieś tam wymagania, no i muszę przyznać że się nie zawiodłam. Aplikacja tych cieni jest na prawdę przyjemna, co w sumie może być niebezpieczne, gdyż zdarzało mi się już nie chcieć przestać, co za skutkowało oczywiście wyglądem Drag Queen haha ;) Wszystko ma swoje plusy i minusy ;) Konsystencja  cieni jest bardzo delikatna, miękka, można powiedzieć przypominająca masełko. Trwałości też nie mam nic do zarzucenia, od rana do wieczora, cale dnie, cienie są po prostu nie do zdarcia ;) Pigmentacja jak same widzicie, jest oszałamiająca. Jedno muśniecie pędzlem a kolor jest dosłownie tak samo intensywny jak w opakowaniu. Jestem w stanie spokojnie powiedzieć że jakość tych cieni można porównywanać być do cieni z Mac'a, za które dałabym się pokroić ;) 

Cena tego interesu (w Wielkiej Brytanii) to £5 za każdy pojedynczy cień do powiek oraz £7 za paletkę. Oczywiście jest to większa cena niż ta którą za te cienie musimy zapłacić w Polsce, jednak ja za taka jakość cieni byłabym w stanie zapłacić znacznie więcej, wiec nie jest źle ;) No a skoro jakość jest niemal że identyczna do cieni z Mac'a to po co płacić dwa razy więcej, skoro można wybrać się do Inglot'a ? ;) 

W przyszłości na pewno zaopatrywać będę się w kolejne cienie z tej firmy, więc dajcie mi znać jakie są wasze ulubione. Zaczynam powoli już tworzyć listę zakupów ;)


Jeśli mowa o cieniach do powiek, to oczywiście zachęcam do uzupełnienia swojej kosmetyczki dobrymi pędzlami do makijażu ;) Polecam wypróbowane i niezawodne pędzle Sigma (klik

wtorek, 19 maja 2015

Brzoskwiniowy makijaż na co dzień

Hej! Dziś bardzo krotki post, w którym pokażę wam makijaż który wykonuję na sobie prawie codziennie. Możliwe jest że nie wszystkim wam przypadnie do gustu, ale mnie się podoba ;) Ostatnio 'czuję' te "letnie" i "świeże" klimaty, dlatego też taki makijaż na mojej twarzy pojawia się najczęściej ;) Do wykonania makijażu wykorzystałam głownie brzoskwiniowe i pomarańczowe cienie do oczu z nowej paletki Inglot (recenzja, opis itd już w następnym poście). Chciałabym też szybko wspomnieć że nie jestem profesjonalistką, nie mam żadnego doświadczenia jako wizażystka, wszystko co robię, robię tak jak uważam że wygląda to dobrze, więc nie spodziewajcie się nieba na ziemi ;) Makijaż wykonuję codziennie rano w dosłownie 10 minut, jest on niesamowicie prosty w wykonaniu, więc jeśli wam też podoba się taka kolorystyka na oku, zachęcam do kombinowania ;) 








P.S. Mam do was techniczne pytanie. Czy ktoś z was wie dlaczego po wstawieniu (opublikowaniu) zdjęć na blogu, są one tak jakby wyblaknięte/znika z nich cały kontrast? Próbowałam już chyba wszystkiego żeby uporać się z tym problemem, ale nic nie skutkuje. Jeśli ktoś z was wie co powinnam zrobić i chce uratować mi życie, niech da mi znać ;) Dzięki !

piątek, 15 maja 2015

Origins GinZing - Energizujący krem nawilżający. / Poszukiwanie kremu idealnego zakończone sukcesem.


Udało się! Po bardzo długich miesiącach poszukiwań, w końcu znalazłam krem idealny. ;) Jestem przekonana że nie tylko ja mam problem ze znalezieniem kosmetyków pielęgnacyjnych które bez wahania możemy uznać za idealne dla nas. Zmarnowałam dosłownie miesiące na nieudane testy, doznałam kilku całkiem sporych rozczarowań no i wydalam spore sumy pieniędzy zanim odnalazłam krem który w zupełności zaspokoi wszystkie moje wymagania. Nareszcie posiadam coś, na czym wiem że mogę polegać ;). Co? Krem GinZing z firmy Origins. 


Wbrew pozorom, firma Origins wcale nie jest mi obca. Miałam okazje testować już kilka kosmetyków tej firmy, a peeling o nazwie Modern Friction oraz maseczka węglowa Clear Improvement to moi absolutni ulubieńcy. Firma Origins znana jest z tego że produkuje kosmetyki z naturalnych składników, które nie zawierają zbędnych chemikaliów szkodzących naszej skórze. W przypadku tego kremu producent zapewnia nas że krem natychmiastowo nawilży naszą skórę, doda jej blasku niczym taki "energy drink" dla naszej cery ;) Krem według zapewnień powinien być lekki, nie tłusty, pełen legendarnych "ulepszaczy skory" (takich jak ziarna kawy czy panax ginzeng).

Krem przychodzi do nas zapakowany z solidnie wykonany szklany słoiczek ze szczelnym zamknięciem. Słoik zabarwiony jest na energiczny pomarańczowy kolor, co mnie akurat bardzo przypadło do gustu ;)


Zgodnie z tym co obiecuje producent, konsystencja tego kremu jest bardzo lekka, w ogóle nie tłusta, szczerze mówiąc ten produkt jak dla mnie bardziej przypomina coś na bazie żelu niż taki standardowy gęsty krem do twarzy ;) Jego kolor jest dość zaskakujący. W opakowaniu krem wydaje się być biały, jednak zaraz po lekkim rozsmarowaniu staje się zupełnie przezroczysty. Wspomnę jeszcze o zapachu tego kremu. Z pewnością nie jestem jedyną osobą która po powąchaniu tego produktu popadła w zachwyt ;) Prawdopodobnie znalazłyby się też osoby którym ten zapach nie przypadł do gustu, jednak ja jestem w nim po prostu zakochana. Kiedy tylko otworzymy opakowanie, jesteśmy w stanie poczuć cudowny cytrusowy, świeży zapach. Taki zapach z pewnością może dać nam takiego porannego "kopa" na rozpoczęcie dnia, ja jednak mogłabym całymi dniami siedzieć i wąchać ten krem (tak! haha) 



Aplikacja tego produktu na twarz to czysta przyjemność. Krem sunie łatwo i przyjemnie po skórze, nie lepi się, na prawdę szybko się wchłania (chyba żadna z nas nie przepada za tym kiedy nasze włosy przyklejają się do twarzy zaraz po aplikacji kremu), plusem też jest to że do pokrycia całej twarzy potrzebna jest nam na prawdę minimalna ilość produktu. 

Czy producent dotrzymał swoich obietnic? Moim zdaniem, tak. Jestem skłonna powiedzieć że ten krem to taki mój mały cudotwórca ;) Możecie wierzyć, lub też nie, ale po aplikacji tego kremu czuję się jak zupełnie inna osoba. Momentalnie mam wrażenie że moja cera jest o jakiś milion razy zdrowsza, twarz jest miękka i przyjemna w dotyku niczym pupa niemowlaka ;) Jakby tego było mało, jest ona też rozświetlona, pełna blasku no i przede wszystkim ekstremalnie nawilżona. Próbowałam też aplikować krem pod makijaż i z pełnym spokojem mogę powiedzieć że nie przysporzył mi żadnych problemow, co więcej, makijaż nawet przyjemniej się aplikował oraz wytrzymywał dłużej niż zwykle. Wydaje mi się że może mieć to coś wspólnego z żelową konsystencją tego produktu, podobną do konsystencji wielu baz pod makijaż. 

Tak jak wspomniałam wcześniej, krem spełnia wszystkie moje wymagania. Jeśli któreś z was nie miały ochoty czytać całego postu, skrócę dla was moja opinie na temat tego produktu. Wiec... Krem jest lekki, nie tłusty, idealny na dzień, bardzo szybko się wchłania, pozostawia skórę nawilżoną i pewnie też trochę zdrowszą, jest bardzo wydajny, a efekt jaki daje jest długotrwały. Przy używaniu na codzień, nasza skóra nawet zaraz po zmyciu makijażu i przed aplikacją jakiegokolwiek produktu jest w dużo lepszym stanie. To tak jakby składniki tego kremu faktycznie wchłaniały się w skórę, a nie pozostawały tylko na wierzchu.

Cena tego produktu nie jest najniższa, ale moje zdanie jest takie że jeżeli już w coś zainwestować, to własnie w kosmetyki pielęgnujące naszą skórę. Chcemy czy nie, mamy ją tylko jedną, i musi ona nam starczyć na cale życie. Wiec dlaczego o nią nie zadbać? Krem kosztuje nas £23 czyli coś około 130 złotych. Cena na pierwszy rzut oka może trochę przerażać, jednak biorąc pod uwagę że 50ml kremu wystarczy nam na bardzo długi czas, koszt nie wydaje się być aż tak bolesny ;)

Jeśli używałyście już tego kremu, koniecznie dajcie mi znać co o nim myślicie, a jeśli nie, dajcie mi znać jakich kremów wy stosujecie. Chętnie rzucę na nie okiem ;)

Miłego dnia, wieczoru lub nocy wam życzę, 
do następnego ! ;)

piątek, 1 maja 2015

Zdjęcia z Włoch . Wenecja / Rzym

Hej ! Dziś nie będę dużo pisać. Niedawno wróciłam z wycieczki którą zorganizował dla nas mój chłopak (mam cudownego chłopaka, tak! :)) Chciałam podzielić się z wami kilkoma zdjęciami, nie wrzucę tutaj wszystkich jakie zrobiłam, bo było ich ponad dwa tysiące, no a kto chciałby oglądać aż tyle zdjęć na blogu (haha). Szybko dodam jeszcze ze standardowy, "urodowy" post już niedługo, a tym czasem życzę miłego oglądania ! :)