środa, 11 listopada 2015

MOJE "MUST HAVE" NA JESIEN/ZIME


Mamy już listopad, więc myślę że spokojnie można stwierdzić że zima zbilża się wielkimi krokami, a jesień już prawię minęła. Mimo tego, postanowiłam podzielić się z wami pięcioma rzeczami bez których nie wyobrażam sobie tych najbliższych, mroźnych miesięcy. Tak na prawdę, mogłabym rozpisać się o wielu więcej przedmiotach, jednak wolałam ograniczyć się do tych rzeczy których używam praktycznie codziennie od kilku tygodni i na pewno używać będę dalej. No to zacznijmy odliczanie :) 

piątek, 9 października 2015

10 przykazań makijażu : Idealna baza / twarz


Hej! Zastanawiając się ostatnio nad tematami na przyszłe wpisy, wpadłam na pomysł stworzenia serii postów o nazwie "10 przykazań makijażu", w których mówiłabym o tym jak w dziesięciu krokach uzyskać idealny makijaż twarzy, oczu, ust itd. Nie będę ukrywać, pomysł całkiem przypadł mi do gustu, dlatego postanowiłam ruszyć z tą naszą mini serią od zaraz! ;) Dzisiaj, tak jak zazwyczaj w makijażu, zaczniemy od bazy, czyli od dziesięciu kroków które ułatwią nam wykonanie bezbłędnego makijażu twarzy ;) Wiem że znajdą się wśród was dziewczyny dla których to co za chwile napisze okaże się być niczym nowym i czymś co stosują od dawna, jednak mam nadzieję, że tego typu poradniki okażą się być przydatne dla osób które są troszkę mniej doświadczone w tej dziedzinie (nic w tym złego), i chciałyby się czegoś dowiedzieć. Miłego czytania ;)

środa, 12 sierpnia 2015

ZA OBIEKTYWEM


 Cześć! Większość z was prawdopodobnie nie wie, że moją największą pasją jest fotografia. Nigdy się tym nie chwaliłam, bo przeraża mnie to że w dzisiejszych czasach prawie każdy właśnie tak o sobie mówi, w większości nie mając pojęcia o fotografii. Za wszelką cenę staram się unikać stereotypu osoby która nazywa się fotografem, tylko dla tego że na urodziny czy pod choinkę dostała lustrzankę. Szczerze mówiąc, mam raczej niską tolerancję w stosunku do takich osób, a to po prostu dla tego że takie osoby, często nieświadomie, ale jednak, wyrządzają nam krzywdę. Poprzez 'nam' mam na myśli osoby które zajmują się tym profesjonalnie oraz te które nie potrzebują strony typu "Imię Nazwisko Photography" w celu rozwijania swojej pasji. Moim zamiarem nie jest urażenie osób które lubią robić zdjęcia, przecież nikt nie urodził się genialnym fotografem, potrzeba sporo 'treningów' aby być idealnym (idealnym we własnym mniemaniu, fotografia to sztuka, a w sztuce nie ma zasad czy ograniczeń). Jednak muszę przyznać że są osoby które swoją ignorancją doprowadzają mnie do szału. To straszne że w dzisiejszych czasach profesjonaliści są tak bardzo niedoceniani, bo spora część społeczeństwa uważa że jest w stanie zrobić sobie lepsze zdjęcie smartphone'm czy nawet i lustrzanką. Osobiście, fotografią zajmuję się praktycznie od zawsze. Odkąd tylko pamiętam, interesowało mnie wszystko związane z tą dziedziną. Obecnie jestem na trzecim roku studiów, kierunek fotografia, sztuka, design (studiuję w Londynie, dlatego być może tutejszy system edukacji może was trochę dziwić), a przedtem uczyłam się fotografii w 'liceum' oraz zdawałam ją jako przedmiot główny (wraz z literaturą Angielską) na maturze. W szkołach, uczyłam oraz nadal uczę się wszystkiego, od teorii fotograficznych, poprzez historię czy naukę technicznej strony tego przedmiotu itp, aż po długie godziny spędzone na praktyce. Do tego wszystkiego, w wolnym czasie, czytam dużo książek z tym związanych, godzinami oglądam albumy, odwiedzam galerie, biorę udział w konkursach, organizuję i biorę udział w wystawach fotograficznych, na prawdę jest tego sporo. Jestem przekonana że są setki osób które robią jeszcze więcej niż ja, a i tak zostają pokrzywdzone przez niezrozumiałe stereotypy. Wiem że nie wszystkich moja gadanina zainteresuje, być może nawet kogoś zdenerwuje, ale od dłuższego czasu rozmyślałam nad tym tematem, i w końcu postanowiłam podzielić się z wami moją opinią. Byłoby mi bardzo miło jakbyście napisali mi na dole co wy sądzicie o tym wszystkim, o bardzo młodych osobach uważających się za profesjonalnych fotografów, o tym jaki wpływ ma to na osoby które na co dzień próbują utrzymać rodzinę z tego zawodu... Ja, mimo świadomości tego że wybić się w tej dziedzinie nie jest łatwo, nie wyobrażam sobie życia bez aparatu. Dalej będę kontynuować rozwijanie mojej pasji, a was zachęcam do tego samego ! Jedyne czego życzyłabym osobom które dopiero swoją przygodę zaczynają, to odrobiny pokory. ;)

* Zdjęcie wykonane przeze mnie, na zdjęciu też jestem ja. Autoportret ;)

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

MASECZKI LUSH | MASK OF MAGNAMINTY + OATFIX


Jeśli mowa o produktach firmy Lush, śmiało mogę stwierdzić że nie są mi one obce. Tak na prawdę są one moją małą obsesją, która sprawia mi ogromną frajdę ;) Bomby do kąpieli wypróbowałam już prawdopodobnie wszystkie, uwielbiam ich peeling to ust o którym też już pisałam, do tego szampony w kostkach, żele do kąpieli oraz miniaturowe woski do włosów również całkiem nieźle się u mnie sprawdziły. Nigdy wcześniej nie używałam ich masek do twarzy, ale pod wpływem wielu pozytywnych opinii na ich temat postanowiłam przekonać się na własnej skórze o co tyle hałasu ;) Poza tym, jak dotąd nie zawiódł mnie żaden produkt Lush, więc nie widziałam żadnych przeciwwskazań ;) W moim lokalnym sklepie Lush, wachlarz maseczek do wyboru jest całkiem spory, ale tak na początek postanowiłam postawić na tylko dwie maski, Oatfix i Mask of Magnaminty, które najbardziej przykuły moją uwagę.

piątek, 3 lipca 2015

Pędzle Sigma - 3DHD Kabuki . 3DHD Precision . E55 . E56 . E39


Pędzle firmy Sigma uważane są za jedne z najlepszych dostępnych na rynku. Nie ma co się dziwić, bo w sieci aż huczy od pozytywnych opinii na ich temat. Wachlarz dostępnych pędzli jest na prawdę ogromy dlatego każdy jest w stanie znaleźć coś dla siebie, w asortymencie są dziesiątki modeli pędzli do makijażu twarzy czy też oczu.  Około miesiąca temu dostałam paczkę z Sigmy, w której znajdował się właśnie taki miks pędzli ;) Moje zaskoczenie na tą paczkę było ogromne, a z racji tego że nie korzystałam wcześniej z pędzli tej firmy, postanowiłam nie śpieszyć się z pisaniem tego posta i dać sobie wystarczająco czasu na porządne ich przetestowanie ;)


 

3DHD Kabuki (kup tutaj)
Na pierwszy ogień idzie pędzel do twarzy 3DHD Kabuki, który rzekomo jest ulepszoną wersją jednego z najpopularniejszych pędzli Sigmy F80. Jeśli któraś z was miała okazję wypróbować obu pędzli to być może będzie w stanie stwierdzić czy jest to prawda czy raczej ściema. Ja szczerze mówiąc nie wiem ;) Wiem natomiast że oba pędzle przeznaczone są do aplikacji produktów płynnych, kremowych czy też prasowanych, oraz to że powinny one zapewniać nam idealnie wyglądający makijaż. 3DHD Kabuki ma dość dziwny i zdecydowanie niespotykany kształt czyli dwie płaskie strony które według Sigmy zaprojektowane zostały w ten sposób aby umożliwić dotarcie do wszystkich zakamarków twarzy. Jedna strona powinna służyć nam do aplikacji produktu, druga do jego roztarcia. Trochę dziwny koncept, ale w sumie nie mam nic przeciwko ;) Włosie tego pędzla jest dość zbite, bardzo miękkie i przyjemne w dotyku. Rączka jest gruba i stabilna. Jeśli o mnie chodzi, skłamałabym mówiąc że nie lubię tego pędzla. Bardzo podoba mi się to jak idealne wykończenie zostawia na twarzy, zupełnie nie robi smug, produkt rozprowadza się tym pędzlem bardzo łatwo, a po roztarciu całość wygląda naturalnie, bez efektu maski. Nietypowy kształt tego pędzla z początku trochę mnie do niego zniechęcił, jednak z czasem zaczęłam doceniać jego atuty. Dotarcie do trudno dostępnych miejsc takich jak okolice nosa, między brwiami czy też obszar pod oczami stało się niesamowicie łatwe, bez kombinowania ;) Pędzel jest bardzo dobrej jakości i myślę że nie jest to po prostu zbędny 'gadżet', lecz jednak coś co na prawdę całkiem fajnie działa ;)



3DHD Precision (kup tutaj)
Pędzel 3DHD Precision według mnie jest dosłownie idealnym odzwierciedleniem 3DHD Kabuki, po prostu w mniejszej wersji. Dużo na temat tego pędzla pisać nie będę, bo nie chcę się powtarzać ;) Pędzla którego przedstawiłam wam wcześniej używam na co dzień do aplikacji podkładu, tego jednak 'katuję' przy nakładaniu korektora ;) Włosie tego pędzla jest zbite oraz stabilne, jest też jednak miękkie, przez co spokojnie nadaje się do użytku pod oczami bez obaw o naciąganie skóry ;) Co więcej, kształt tego pędzla sprawia że dotarcie z produktem dokładnie pod dolną linię rzęs jest łatwe i nie wymaga żadnego kombinowania z mniejszymi pędzlami, palcami czy czymkolwiek innym ;) Myślę jeszcze że ten pędzel mógłby się fajnie nadać do konturowania nosa, czy też do nakładania rozświetlacza na kości policzkowe. Oba pędzle z kolekcji 3DHD myją się bardzo dobrze, nie gubią włosów ani nie zmieniają kształtu ;)


E55 Eye shading (kup tutaj)
E55 to pędzel który moim zdaniem powinien znajdować się w każdej kosmetyczce, ponieważ pędzle o takim kształcie stanowią podstawę w większości makijażów oczu ;) Jest to płaski pędzel o zaokrąglonej końcówce, stworzony z gęstego, zbitego oraz bardzo miękkiego naturalnego włosia (chyba tak jak każdy pędzel Sigmy), który zapewnia nam równomierną aplikację koloru na całą powiekę. Z własnego doświadczenia wiem że jest to pędzel który nabiera na prawdę sporą ilość koloru, dlatego jedno muśnięcie w cieniu do powiek jest w stanie załatwić nam całkowicie pełne krycie. Szczerze mówiąc, jest to rodzaj pędzla który często jest po prostu niedoceniany. Jakość tego produktu jest oczywiście strzałem w dziesiątkę, włoski nie kłują ani nie szarpią powieki, nie wypadają po myciu oraz nie zmieniają swojego kształtu. Jest to pędzel którego dotychczas używałam najwięcej razy ;) Jest świetny ;)


E56 Mini Shader (kup tutaj)
E56 to pędzel którego chyba najbardziej brakowało w mojej kolekcji, nie posiadam drugiego pędzla o podobnym kształcie. W mojej paczce znalazła się miniaturka tego pędzla, jednak nie różni się ona niczym poza długością rączki, co mnie akurat zupełnie nie przeszkadza. E56 ma owalny (lub stożkowy, zależy jak na to patrzeć) czubek który zapewnia nam precyzyjną aplikację produktu w miejsca takie jak załamanie powieki, dolna linia rzęs czy też na całą dolną powiekę. Myślę że sprawdziłby się też u osób z mniejszymi oczami w celu nakładania produktu na całą górną powiekę mimo tego że jest mniejszy niż standardowe pędzle do tego przeznaczone. O jakości tego pędzla nie muszę dużo pisać, jest ona po prostu tak samo dobra jak jakość pędzli o których pisałam powyżej ;)


E39 Buff & Blend (kup tutaj)
E39 to pędzel przeznaczony głownie do blendowania cieni, który swoim kształtem nieco przypomina nam pędzle "kulki". Ma on nieco krótsze i delikatnie mniej zbite włosie które jest tak samo miękkie i przyjemne jak włosie pozostałych pędzli. Jest on też wykonany z włosia naturalnego. Przez to że ten pędzel jest zaokrąglony,  idealnie nadaje się do rozcierania ostrych linii czy też granic między jednym a drugim produktem. Ułatwia on też dotarcie do i rozcieranie mniejszych powierzchni na oku. Standardowo, używałam tego pędzla głównie do pracy w załamaniu powieki, i mimo tego że nie daje on takich samych efektów jak mój ukochany 217 z Mac'a, nie jest on złym pędzlem i na pewno znajdę dla niego jakąś bardziej stosowną funkcję ;) 

Jeśli jesteście zainteresowane, pędzle Sigma kupicie tutaj (klik)

Chciałabym zaznaczyć że wszystkie moje opinie na temat tych pędzli są jak najbardziej szczere i nie wymuszone ;) Mimo tego że jestem bardzo wdzięczna za otrzymanie szansy do ich przetestowania, nie miałam zamiaru 'ściemniać' wam o tym co o nich myślę. Była to moja pierwsza styczność z pędzlami Sigma, i jestem w stanie szczerze powiedzieć że zrobiły one na mnie przyjemne wrażenie ;)

Dajcie znać czy używałyście któregoś z tych pędzli i co myślicie na ich temat. Napiszcie też jakie pędzle Sigma są waszymi ulubionymi, bo na pewno będę chciała powiększyć moją kolekcję ;)

wtorek, 30 czerwca 2015

Ulubieńcy Czerwca


Tak, to znów ten czas miesiąca ;) Mowa oczywiście o czasie na ulubieńców miesiąca, w tym przypadku czerwca. Nie będę rozpisywać się o tym jak szybko minął ten miesiąc, bo szczerze mówiąc w moim przypadku każdy miesiąc mija mi w mgnieniu oka ;) W tym miesiącu pokażę wam miks produktów kosmetycznych, pielęgnacyjnych a nawet parę butów. Wszystkie te rzeczy były przeze mnie ostro katowane, dlatego właśnie znalazły swoje miejsce w tym poście ;)


Zacznijmy może od kolorówki. Produkt który używany był przeze mnie każdego dnia to pomadka Clinique w kolorze Beige pop którą nadal jeszcze można nazwać nowością na rynku. Zazwyczaj nie zachwycam się nowościami, ale tej akurat nie byłam w stanie się oprzeć ;) Mnóstwo pozytywnych opinii na temat tej pomadki zrobiło swoje, postanowiłam wypróbować, i na pewno tego nie żałuję ;) Jeśli chodzi o kolor to według mnie jest to idealny cielisty odcień 'nude'. Jest to takie pomieszanie delikatnego, bladego różu oraz beżu. Niestety kompletnie nie pomyślałam o zrobieniu zdjęcia bez zatyczki, ale jestem pewna że wpisując nazwę koloru w Google, na pewno znajdziecie odpowiednie zdjęcia ;) Do tego jeśli macie ochotę zobaczyć jak wygląda na ustach, pokazałam ją w poście tu (kilk). Do ulubieńców czerwca należy też korektor który tak na prawdę ulubieńcem jest od dwóch lat, bez przerwy ;) Mowa oczywiście o kultowym już korektorze Collection Lasting Perfection, u mnie w kolorze numer 1 (który swoją drogą do znalezienia w drogerii jest praktycznie nie możliwy przez swoją popularność). Korektor należy do grupy najbardziej gęstych, kremowych i mocno kryjących korektorów jakich miałam okazję dotychczas próbować. Spotkałam się z opiniami że ten korektor wysusza skórę, jednak w moim przypadku nic takiego się nie dzieje. Ja ten korektor używam za równo pod oczy jak i na różne niedoskonałości i nie mam z nim żadnych problemów. Co więcej, przy nałożeniu jaśniejszego odcienia pod oczy korektor delikatnie rozświetla tę okolicę, a efekt jest na prawdę bardzo długotrwały ;) Następny w kolejce jest bronzer Benefit Hoola który tak samo jak w przypadku korektora, ulubieńcem jest już od długiego czasu. O tym bronzerze słyszała już chyba każda z nas, zaraz obok Laguny z Nars jest to najbardziej popularny bronzer ;) No i słusznie. Zacznę może od tego że jest to produkt który starcza na wieki. Opakowanie na zdjęciu jest nadal moim pierwszym, a mimo prawie codziennego użytku przez blisko dwa lata, końca jeszcze nie widać ;) Bronzer jest bardzo drobno zmielony, co zapewnia nam brak plam na twarzy. Jego kolor jest dosłownie idealnym kolorem do konturowania, lub też do opalenia bardzo jasnej karnacji. Wykończenie to coś pomiędzy matem a satyną, co pozwala nam tworzyć bardzo naturalnie wyglądające 'cienie' na twarzy ;) Nie jestem pewna czy lakier Barry M w kolorze Fondant można zaliczyć do kolorówki, ale trudno ;) Postanowiłam wspomnieć o nim w moich ulubieńcach głównie przez jego cudowny pastelowy kolor, wręcz idealny na lato. Jak pewnie większość z was wie, lakiery tej firmy są na prawdę dobrej jakości. Po wyschnięciu utrzymują dość mocny połysk, jedna warstwa starcza aby kolor na paznokciu był taki sam jak w buteleczce, lakiery na prawdę bardzo szybko schną no i przede wszystkim są nie do zdarcia ;) Pazurki pomalowane lakierem Barry M spokojnie wytrzymają około tygodnia w stanie idealnym.


Lato nadeszło pełną parą, a kolor mojej skóry wyglądał tak jakbym pochodziła z Syberii. Było tak do czasu aż nie wyciągnęłam na wierzch sprawdzonego samoopalacza firmy St.Moriz w kolorze Medium. Tutaj doszukać można się tylko plusów. Zacznijmy od jego ceny, która jak na samoopalacz o tak genialnej jakości jest to prostu śmieszna. Cena różni się od 5 do 3 funtów (od 25 do 15 złotych) co moim zdaniem nie jest dużym wydatkiem. Aplikacja tego samoopalacza to czysta przyjemność. Nie wysycha zbyt szybko więc spokojnie możemy wszystko dokładnie rozsmarować bez obaw przed powstaniem jakichkolwiek plam czy zacieków. Nałożenie tego samoopalacza przypomina nakładanie jakiegokolwiek balsamu do ciała, więc nie jest zbyt skomplikowana ;) Kolor tego samoopalacza jak dla mnie jest strzałem w dziesiątkę. Nie jest ani zbyt pomarańczowy, ani zbyt oliwkowy, jest gdzieś po środku co sprawia że mamy gwarancję naturalnie wyglądającej opalenizny ;) Tym produktem po prostu nie da się zrobić sobie krzywdy ;) Jeśli chodzi o produkty do zmywania makijażu czy oczyszczania twarzy, zdecydowanie wolę kremy czy balsamy niż tradycyjne płyny do demakijażu. Dlatego też postanowiłam wypróbować krem do mycia twarzy firmy Una Brennan o którym na Angielskich blogach mówi się w samych superlatywach. Jak na produkt do oczyszczania twarzy przystało, bardzo dokładnie usuwa makijaż. Jest delikatny, nie podrażnia skóry. Można używać go na twarz jak i na oczy co dla mnie jest ogromnym ułatwieniem. Gdybym miała go do czegoś porównać, spokojnie powiedziałabym że jest niemal identyczny do kultowego Cleanse and Polish od Liz Earle. Jest też o połowę tańszy ;) Odkąd dostał się w moje ręce, co wieczór wmasowuję go w skórę, zostawiam na kilka minut a potem zmywam szmatką muślinową namoczoną w ciepłej wodzie. Efekty są całkiem przyjemne ;) Skoro o oczyszczaniu mowa, wspomnę też o szczotce do mycia twarzy z firmy My Spa. Od długiego czasu zastanawiałam się nad kupnem słynnej szczotki Clarisonic, jednak cena zawsze mnie odrzucała. Postanowiłam rozejrzeć się za tańszymi odpowiednikami, i tak właśnie znalazłam tą szczotkę ;) Nie używałam szczotki Clarisonic, więc tak na prawdę porównania nie mam, ale jak dla mnie szczotka z My Spa sprawdza się całkiem całkiem ;) Dogłębnie oczyszcza, pozbywa się starego naskórka, zaskórników oraz suchych skórek. Co mnie zaskoczyło to fakt że pierwszego dnia, po zmyciu makijażu płynem micelarnym wydawało mi się że moja twarz nie ma na sobie już ani grama makijażu, jednak kiedy użyłam właśnie tej szczotki, okazało się że to nie do końca prawda. Na szczotce było widać pozostałości makijażu których płyn micelarny nie dał rady się pozbyć. Przez pierwsze dwa tygodnie używania tej szczotki, na mojej twarzy pojawiła się spora ilość wyprysków, jednak nie przeraziłam się tym bo wiem że to oznaka dogłębnego oczyszczenia twarzy i wyrzucenia wszystkich brudów ze skóry. Używam szczotki regularnie od ponad miesiąca, teraz wyprysków nie mam wcale (dosłownie ani jednego) a moja twarz jest dużo bardziej gładka, czysta i rozświetlona ;) Przyszło lato więc stwierdziłam że najwyższy czas przerzucić się na letnie perfumy. Jak co roku, wyciągnęłam z szuflady mój ukochany Dot od Marca Jacobsa ;) Zacznę od tego jak bardzo podoba mi się buteleczka tych perfum ;) Przypomina biedronkę, i bardzo ładnie prezentuje się stojąc na toaletce. Jego zapach przypomina owoce leśne, jest słodki ale też i świeży. Zapach na skórze utrzymuje się dość długo, jednak jest raczej delikatny. Mnie bardzo się podoba ;)


Moim ostatnim ulubieńcem są sandały które na moich nogach gościły w tym miesiącu codziennie ;) Pogoda przypisała, wiec miałam okazję nacieszyć się tymi butkami ;) O butach dużo mówić nie będę, po prostu bardzo mi się podobają, są bardzo wygodne, stabilne no i przede wszystkim pasują do każdego stroju. Można je dosłownie narzucić na nogi i wyjść z domu, bez zastanawiania się czy wyglądamy okej ;)

To już wszyscy moi ulubieńcy z tego miesiąca. Dajcie mi znać czy używałyście któryś z tych produktów, no i jacy są wasi ulubieńcy tego miesiąca ! ;)

niedziela, 28 czerwca 2015

Podstawowe błędy podczas aplikacji bronzera


Sezon letni to czas w którym prawdopodobnie każda z nas chce wyglądać jak pięknie opalona "morska bogini", czasem jednak najbardziej zbliżoną dostępną dla nas opcją jest wycieczka na basen i "wymazanie" twarzy bronzerem który do złudzenia przypominać będzie naturalną opaleniznę. Niestety, tak jak z każdym kosmetykiem, z bronzerem obchodzić trzeba się umiejętnie. Niesamowicie łatwo jest popełnić błędy które sprawią że wyglądać będziemy bardziej jak Lindsay Lohan i jej co najmniej dziwne techniki aplikacji makijażu, a nie jak muśnięta słońcem bogini ;) Tego chyba nie chcemy, prawda?  Dzisiaj napiszę wam o pięciu według mnie najbardziej popularnych "bronzerowych" błędach które na szczęście w naprawie są równie łatwe jak w ich popełnianiu ;)


1. Odcień bronzera jest zbyt ciepły

Zbyt ciepły odcień bronzera to dokładnie to, co sprawia że po aplikacji uzyskujemy wygląd na wzór Umpa Lumpa z taniego horroru (wygooglujcie ;)) To prawda że niektóre dziewczyny są w stanie wyglądać dobrze w bronzerze o ciepłym tonie, jednak większość z nas powinna wybierać bezpieczniejszą opcję, czyli bronzery o neutralnych tonach, raczej unikajmy tych w których znacząco przeważa czerwony lub pomarańczowy pigment. Przecież chodzi o to żeby wyglądać jak muśnięta słońcem bogini a nie jak przedojżała pomarańcza ;)


2. Bronzer posiada zbyt dużo drobinek

Przeciążenie drobinek to największy wróg wiarygodnej opalenizny. Dlatego też radzę wam unikać wszystkich bronzerów które przypominają wam kulę dyskotekową. Nie oznacza to oczywiście że powinnyście używać wyłącznie całkowicie matowych bronzerów. Jeśli maty to nie wasza bajka, szukajcie czegoś bardzo drobno zmielonego, delikatnie rozświetlającego, unikając przy tym typowego brokatu ;)


3. Nakładanie zbyt dużej ilości bronzera

Tak, więcej wcale nie znaczy lepiej. Szczególnie jeśli chodzi o aplikację bronzera. Istnieje dość cienka granica między niewystarczającą ilością bronzera, a "dawką" którą spokojnie można byłoby umalować dwie osoby ;) Na całe szczęście tego typu produkty można stopniować, i do tego właśnie powinnyśmy się stosować. Pamiętajmy że bronzer ma tylko podkreślać naturalny kolor naszej skóry a nie zmieniać go na cztery tony ciemniejszy ;)


4. Używanie złego pędzla do aplikacji bronzera

Nie ignorujmy znaczenia pędzli podczas nakładania makijażu, w szczególności jeśli chodzi o kosmetyki dodające nam "koloru". Jeśli o mnie chodzi, aplikacja bronzera w celu "opalenia" twarzy nie może obejść się bez dużego puchatego pędzla, najlepiej z dość długim włosiem które sprawi że nałożenie zbyt dużej ilości bronzera będzie prawie niemożliwe (takie mniej zbite pędzle nabierają mniejszą ilość produktu.) Do konturowania polecam użyć mniejszego, skośnego pędzla, jednak też z dość długim oraz gibkim włosiem. 


5. Niewystarczające rozcieranie bronzera

Z prawej strony widzimy bronzer nałożony w zbyt dużej ilości który nie jest wystarczająco roztarty, z prawej widzimy prawidłowo roztarty bronzer. Umiejętne rozcieranie produktów to klucz do udanego makijażu. W szczególności jeśli chodzi o cienie do powiek, róż czy właśnie bronzer. Rozcierania nigdy mało. To zdanie warto wbić sobie do głowy ;) Chyba nikomu nie podobają się zbite plamy koloru na twarzy, prawda? ;) Ważne jest też żeby pamiętać że to co w łazienkowym lustrze wygląda na idealnie zaaplikowany i roztarty makijaż, w naturalnym oświetleniu (szczególnie na zewnątrz) może wyglądać zupełnie inaczej. 



Prawda jest taka że makijaż jest po to abyśmy my czuły się w nim dobrze. Makijaż to sztuka w której nie ma zasad których nie można byłoby złamać. Chodzi o to żeby to nam właśnie podobał się efekt końcowy, niezależnie od tego co na ten temat myśleć mogą inni. Dlatego też to co ja uważam za błąd w aplikacji, komuś innemu może zupełnie nie przeszkadzać. Nie ma w tym nic złego ;) Nie chciałabym żeby ktokolwiek odebrał ten post w negatywny sposób, bo nie miałam zamiaru nikogo urazić ;) Myślę jednak że większość z nas ma podobne poczucie estetyki, dlatego mam nadzieję że ten post okaże się być przydatnym, lub chociaż miłym do przeczytania ;) Pamiętajmy że makijaż jest po to aby się nim bawić, dlatego róbmy z nim co tylko nam się podoba ;). 

Napiszcie na dole o rzeczach które wam nie koniecznie podobają się w niektórych makijażach czy też o tym co wy uważacie za "nieprawidłowe" używanie różnych kosmetyków. Pomarudźmy sobie, a co, kto nam zabroni ;) 

czwartek, 25 czerwca 2015

Mój codzienny makijaż - Lato 2015


Hej, na początku chciałabym was przeprosić za dość długą przerwę w blogowaniu, ale mam nadzieję że zrozumiecie że studia potrafią ostro dać w kość ;) Przez ostatni miesiąc nie miałam wystarczająco czasu na to żeby się wyspać, więc o blogowaniu niestety nie było mowy. Ale już wróciłam, więc posty pojawiać będą się dużo częściej ;) 
Dziś postanowiłam pokazać wam jak wygląda mój codzienny makijaż w wersji letniej ;) Zamiar był taki żeby pokazać wam zdjęcia 'przed' i 'po' ale udało mi się złapać kilka zdjęć podczas wykonywania makijażu, dlatego też je tutaj wrzucę. Standardowo, nie jestem profesjonalistką więc nie spodziewajcie się cudów ;) No to już ... ;)

Zdjęcie bez makijażu ;) Nie jest idealnie, ale też nie jest tragicznie ;)

Podkład na zdjęcie się nie załapał, ale nie roztarty korektor owszem ;) haha !



Podczas ostatnich zakupów w MAC'u dostałam próbkę maskary, efekt bardzo mi się podoba ;)

No a tutaj efekt końcowy ;) 

Jeśli o mnie chodzi, to taki makijaż na lato najbardziej mi pasuje. Jest naturalny, lekki no i przede wszystkim niesamowicie prosty i szybki w wykonaniu ;) Dajcie mi znać jak wyglądają wasze wersje letniego makijażu nadającego się do 'codziennego użytku' ;)

Lista użytych produktów : 
Podkład Bourjois 123 Perfect CC Cream - 31 Ivory
Korektor Collection Lasting Perfection - 1
Puder Soap & Glory One heck of a blot - Transparent
Bronzer Benefit Hoola
Róż MAC - Peachykeen
Rozświetlacz The Balm - Mary LouManizer
Kredka do brwi Eyeko - Blonde
Żel do brwi L'oreal Brow Artist Plumper - Light/Medium
Cienie do powiek Urban Decay Naked Basics - Venus, Foxy, Naked 2, Faint
Maskara MAC False Lashes Extreme - Black
Pomadka Clinique Color Pop - Beige Pop
Do wykonania makijażu użyłam pędzli Zoeva (klik) oraz Sigma (klik) które oczywiście polecam ;)

Dzięki za uwagę, no i do następnego ! ;)

czwartek, 21 maja 2015

Moja pierwsza paletka cieni Inglot


Pewnie wiele z was otworzy szeroko oczy i przetrze je z niedowierzaniem kiedy przeczyta że nigdy wcześniej nie miałam styczności z cieniami marki Ingot ;) No cóż, taka jest prawda. Zaskakująca, ale jednak prawda ;) W brew pozorom marka Inglot wcale nie jest mi obca, testowałam już całkiem sporą ilość ich kosmetyków z czego niektóre (tak jak puder HD 505) to moi ulubieńcy, a do innych postanowiłam już więcej nie wracać. Wiec dlaczego w moje ręce nie wpadły jeszcze ich cienie? Szczerze mówiąc, mieszkając w Londynie, dostęp do Inglot'a mam raczej bardzo ograniczony. W całym mieście znajduje się tylko jeden sklep, no i niestety nie znajduje się on na tyle blisko abym mogła wybierać się tam na zakupy kiedy tylko dusza zapragnie. Kiedy jednak już wybierałam się do sklepu Inglot'a, zazwyczaj wpadałam w wir "buszowania" od szafy do szafy, wkładając do koszyka produkty z którymi wcześniej nie miałam styczności, zazwyczaj jakieś nowości na rynku. Akurat podczas żadnego z tych wypadów do sklepu nie byłam w zapotrzebowaniu na cienie do powiek, byłam zadowolona z tego co mam, więc szafę z cieniami odruchowo pomijałam. Do ostatniego razu ;) Może niektóre z was wiedzą o moich desperackich poszukiwaniach brzoskwiniowego cienia do powiek o dobrej jakości (znalazłam taki w Kiko, ale jakość jest tragiczna). Desperackich bo jak na złość nigdzie nie byłam w stanie takiego znaleźć. Postanowiłam że Inglot będzie moim ostatnim przystankiem. Jeśli tam nic nie znajdę, po prostu sobie odpuszczę. No i ku mojemu zadowoleniu, znalazłam to czego szukałam ;)


Zaczęło się od własnie brzoskwiniowo / pomarańczowego cienia (po prawej, na górze). Stwierdziłam że bez sensu jest zaopatrzyć się w wyłącznie jeden cień, kiedy w końcu mam okazję stworzyć sobie cala paletkę ;). Podążyłam "rozsądnym" tokiem myślenia i postanowiłam dobrać standardowy brąz który nigdy się nie marnuje oraz szampański odcień który pięknie rozświetla i otwiera oko. W tamtym momencie zostało mi jedno puste miejsce w paletce i szczerze mówiąc kompletnie nie wiedziałam czym je wypełnić. Nic więcej nie pasowało mi do mojego "schematu", do puki nie zauważyłam przepięknego brzoskwiniowego cienia ze złotymi drobinkami. No po prostu cudo, miłość od pierwszego wejrzenia ;) Teraz to waśnie ten cień jest przeze mnie najbardziej katowany ;)


Inglot 30 (perłowy) to idealny szampański odcień o lekko żółtym zabarwieniu, ale nie jest to nic odstraszającego ;) Tak jak już mówiłam, taki cień to dla mnie podstawa każdej paletki, idealnie nadaje się do aplikacji na całą powiekę lub tez bardziej subtelnie w kącik oka ;)


Inglot 357 (matowy) tutaj też jak na mój gust absolutnie obowiązkowy cień w każdej paletce. Ciepły brąz, idealnie nadający się na całą powiekę do makijażów typu "smoky", lub też standardowo w złamanie powieki aby dodać naszym oczom głębi. Do tego taki brąz pasuje dosłownie do każdego makijażu oka czy też twarzy ;)


Inglot 407 (perła) Ojej ojej, no po prostu cudo. Kolejny dowód mojej obsesji na punkcie brzoskwini i pomarańczy ;) Szczerze mówiąc jest to cień którego kolor nie jest łatwy do określenia. W zależności od oświetlenia, jest on brzoskwiniowy, pomarańczowy lub różowy, ale w każdym przypadku widoczne są drobne i delikatne złote drobinki które sprawiają własnie że ten cień jest tak wyjątkowy. Idealny na całą powiekę.


Inglot 314 (matowy) Na tym cieniu zależało mi najbardziej, to własnie takiego koloru poszukiwałam przez baaardzo długi czas. Jasny, idealny na lato, świeży i delikatny ;) Aplikować można standardowo na całą powiekę, ja jednak kupiłam go z myślą o aplikacji w załamaniu powieki jako kolor przejściowy. 


Z racji tego że nigdy wcześniej nie miałam styczności z cieniami Inglot, postanowiłam na prawdę dokładnie się im przyjrzeć i porządnie przetestować w celu wyrobienia własnego zdania na ich temat ;) Pozytywnych opinii na ich temat jest nie mało, wiec już od początku miałam jakieś tam wymagania, no i muszę przyznać że się nie zawiodłam. Aplikacja tych cieni jest na prawdę przyjemna, co w sumie może być niebezpieczne, gdyż zdarzało mi się już nie chcieć przestać, co za skutkowało oczywiście wyglądem Drag Queen haha ;) Wszystko ma swoje plusy i minusy ;) Konsystencja  cieni jest bardzo delikatna, miękka, można powiedzieć przypominająca masełko. Trwałości też nie mam nic do zarzucenia, od rana do wieczora, cale dnie, cienie są po prostu nie do zdarcia ;) Pigmentacja jak same widzicie, jest oszałamiająca. Jedno muśniecie pędzlem a kolor jest dosłownie tak samo intensywny jak w opakowaniu. Jestem w stanie spokojnie powiedzieć że jakość tych cieni można porównywanać być do cieni z Mac'a, za które dałabym się pokroić ;) 

Cena tego interesu (w Wielkiej Brytanii) to £5 za każdy pojedynczy cień do powiek oraz £7 za paletkę. Oczywiście jest to większa cena niż ta którą za te cienie musimy zapłacić w Polsce, jednak ja za taka jakość cieni byłabym w stanie zapłacić znacznie więcej, wiec nie jest źle ;) No a skoro jakość jest niemal że identyczna do cieni z Mac'a to po co płacić dwa razy więcej, skoro można wybrać się do Inglot'a ? ;) 

W przyszłości na pewno zaopatrywać będę się w kolejne cienie z tej firmy, więc dajcie mi znać jakie są wasze ulubione. Zaczynam powoli już tworzyć listę zakupów ;)


Jeśli mowa o cieniach do powiek, to oczywiście zachęcam do uzupełnienia swojej kosmetyczki dobrymi pędzlami do makijażu ;) Polecam wypróbowane i niezawodne pędzle Sigma (klik

wtorek, 19 maja 2015

Brzoskwiniowy makijaż na co dzień

Hej! Dziś bardzo krotki post, w którym pokażę wam makijaż który wykonuję na sobie prawie codziennie. Możliwe jest że nie wszystkim wam przypadnie do gustu, ale mnie się podoba ;) Ostatnio 'czuję' te "letnie" i "świeże" klimaty, dlatego też taki makijaż na mojej twarzy pojawia się najczęściej ;) Do wykonania makijażu wykorzystałam głownie brzoskwiniowe i pomarańczowe cienie do oczu z nowej paletki Inglot (recenzja, opis itd już w następnym poście). Chciałabym też szybko wspomnieć że nie jestem profesjonalistką, nie mam żadnego doświadczenia jako wizażystka, wszystko co robię, robię tak jak uważam że wygląda to dobrze, więc nie spodziewajcie się nieba na ziemi ;) Makijaż wykonuję codziennie rano w dosłownie 10 minut, jest on niesamowicie prosty w wykonaniu, więc jeśli wam też podoba się taka kolorystyka na oku, zachęcam do kombinowania ;) 








P.S. Mam do was techniczne pytanie. Czy ktoś z was wie dlaczego po wstawieniu (opublikowaniu) zdjęć na blogu, są one tak jakby wyblaknięte/znika z nich cały kontrast? Próbowałam już chyba wszystkiego żeby uporać się z tym problemem, ale nic nie skutkuje. Jeśli ktoś z was wie co powinnam zrobić i chce uratować mi życie, niech da mi znać ;) Dzięki !

piątek, 15 maja 2015

Origins GinZing - Energizujący krem nawilżający. / Poszukiwanie kremu idealnego zakończone sukcesem.


Udało się! Po bardzo długich miesiącach poszukiwań, w końcu znalazłam krem idealny. ;) Jestem przekonana że nie tylko ja mam problem ze znalezieniem kosmetyków pielęgnacyjnych które bez wahania możemy uznać za idealne dla nas. Zmarnowałam dosłownie miesiące na nieudane testy, doznałam kilku całkiem sporych rozczarowań no i wydalam spore sumy pieniędzy zanim odnalazłam krem który w zupełności zaspokoi wszystkie moje wymagania. Nareszcie posiadam coś, na czym wiem że mogę polegać ;). Co? Krem GinZing z firmy Origins. 


Wbrew pozorom, firma Origins wcale nie jest mi obca. Miałam okazje testować już kilka kosmetyków tej firmy, a peeling o nazwie Modern Friction oraz maseczka węglowa Clear Improvement to moi absolutni ulubieńcy. Firma Origins znana jest z tego że produkuje kosmetyki z naturalnych składników, które nie zawierają zbędnych chemikaliów szkodzących naszej skórze. W przypadku tego kremu producent zapewnia nas że krem natychmiastowo nawilży naszą skórę, doda jej blasku niczym taki "energy drink" dla naszej cery ;) Krem według zapewnień powinien być lekki, nie tłusty, pełen legendarnych "ulepszaczy skory" (takich jak ziarna kawy czy panax ginzeng).

Krem przychodzi do nas zapakowany z solidnie wykonany szklany słoiczek ze szczelnym zamknięciem. Słoik zabarwiony jest na energiczny pomarańczowy kolor, co mnie akurat bardzo przypadło do gustu ;)


Zgodnie z tym co obiecuje producent, konsystencja tego kremu jest bardzo lekka, w ogóle nie tłusta, szczerze mówiąc ten produkt jak dla mnie bardziej przypomina coś na bazie żelu niż taki standardowy gęsty krem do twarzy ;) Jego kolor jest dość zaskakujący. W opakowaniu krem wydaje się być biały, jednak zaraz po lekkim rozsmarowaniu staje się zupełnie przezroczysty. Wspomnę jeszcze o zapachu tego kremu. Z pewnością nie jestem jedyną osobą która po powąchaniu tego produktu popadła w zachwyt ;) Prawdopodobnie znalazłyby się też osoby którym ten zapach nie przypadł do gustu, jednak ja jestem w nim po prostu zakochana. Kiedy tylko otworzymy opakowanie, jesteśmy w stanie poczuć cudowny cytrusowy, świeży zapach. Taki zapach z pewnością może dać nam takiego porannego "kopa" na rozpoczęcie dnia, ja jednak mogłabym całymi dniami siedzieć i wąchać ten krem (tak! haha) 



Aplikacja tego produktu na twarz to czysta przyjemność. Krem sunie łatwo i przyjemnie po skórze, nie lepi się, na prawdę szybko się wchłania (chyba żadna z nas nie przepada za tym kiedy nasze włosy przyklejają się do twarzy zaraz po aplikacji kremu), plusem też jest to że do pokrycia całej twarzy potrzebna jest nam na prawdę minimalna ilość produktu. 

Czy producent dotrzymał swoich obietnic? Moim zdaniem, tak. Jestem skłonna powiedzieć że ten krem to taki mój mały cudotwórca ;) Możecie wierzyć, lub też nie, ale po aplikacji tego kremu czuję się jak zupełnie inna osoba. Momentalnie mam wrażenie że moja cera jest o jakiś milion razy zdrowsza, twarz jest miękka i przyjemna w dotyku niczym pupa niemowlaka ;) Jakby tego było mało, jest ona też rozświetlona, pełna blasku no i przede wszystkim ekstremalnie nawilżona. Próbowałam też aplikować krem pod makijaż i z pełnym spokojem mogę powiedzieć że nie przysporzył mi żadnych problemow, co więcej, makijaż nawet przyjemniej się aplikował oraz wytrzymywał dłużej niż zwykle. Wydaje mi się że może mieć to coś wspólnego z żelową konsystencją tego produktu, podobną do konsystencji wielu baz pod makijaż. 

Tak jak wspomniałam wcześniej, krem spełnia wszystkie moje wymagania. Jeśli któreś z was nie miały ochoty czytać całego postu, skrócę dla was moja opinie na temat tego produktu. Wiec... Krem jest lekki, nie tłusty, idealny na dzień, bardzo szybko się wchłania, pozostawia skórę nawilżoną i pewnie też trochę zdrowszą, jest bardzo wydajny, a efekt jaki daje jest długotrwały. Przy używaniu na codzień, nasza skóra nawet zaraz po zmyciu makijażu i przed aplikacją jakiegokolwiek produktu jest w dużo lepszym stanie. To tak jakby składniki tego kremu faktycznie wchłaniały się w skórę, a nie pozostawały tylko na wierzchu.

Cena tego produktu nie jest najniższa, ale moje zdanie jest takie że jeżeli już w coś zainwestować, to własnie w kosmetyki pielęgnujące naszą skórę. Chcemy czy nie, mamy ją tylko jedną, i musi ona nam starczyć na cale życie. Wiec dlaczego o nią nie zadbać? Krem kosztuje nas £23 czyli coś około 130 złotych. Cena na pierwszy rzut oka może trochę przerażać, jednak biorąc pod uwagę że 50ml kremu wystarczy nam na bardzo długi czas, koszt nie wydaje się być aż tak bolesny ;)

Jeśli używałyście już tego kremu, koniecznie dajcie mi znać co o nim myślicie, a jeśli nie, dajcie mi znać jakich kremów wy stosujecie. Chętnie rzucę na nie okiem ;)

Miłego dnia, wieczoru lub nocy wam życzę, 
do następnego ! ;)

piątek, 1 maja 2015

Zdjęcia z Włoch . Wenecja / Rzym

Hej ! Dziś nie będę dużo pisać. Niedawno wróciłam z wycieczki którą zorganizował dla nas mój chłopak (mam cudownego chłopaka, tak! :)) Chciałam podzielić się z wami kilkoma zdjęciami, nie wrzucę tutaj wszystkich jakie zrobiłam, bo było ich ponad dwa tysiące, no a kto chciałby oglądać aż tyle zdjęć na blogu (haha). Szybko dodam jeszcze ze standardowy, "urodowy" post już niedługo, a tym czasem życzę miłego oglądania ! :)