wtorek, 25 listopada 2014

Lakierowe kombinacje, czyli zygzaki i taśma malarska.

Pamiętacie mojego ostatniego posta o ozdabianiu paznokci? Zgadnijcie co :) Sprawiło mi to tyle frajdy że postanowiłam znów zabawić się z paznokciami. Musicie jednak pamiętać że to co wyczyniam na swoich paznokciach to kompletnie moje wymysły i nie każdemu przypadną do gustu :) W żadnym wypadku nie traktuje tego posta jako "tutorial" bo uważam że najpierw trzeba coś samemu potrafić żeby nauczać innych, a w moim przypadku tak nie jest :) Potraktujcie to jak takie 'DIY' dla paznokci :) Do wykonania użyłam trzech lakierów, szary z Essie (Chinchilly), musztardowy z Barry M (Mustard, bardzo oryginalna nazwa) oraz top coat z Seche Vite (mój absolutny numer jeden).

















Bardzo prawdopodobne jest że rzeczy które będą nam potrzebne masz już w domu, więc nie ma potrzeby biegać po sklepach czy też zamawiać czegokolwiek z internetu. Jedyne w co musisz zainwestować to trochę wyobraźni i dobrych chęci :) Zbliża się zima, na dworze mroźno, nie chce nam się wychodzić z domu, a ten 'mani' wykonać możesz tu i teraz! :) A oto nasze 'składniki' :
















Tylko dwie rzeczy. Taśma malarska i nożyczki. Wybrałam taśmę malarską dlatego że wbrew pozorom jest bardzo wytrzymała, nie rozerwie się nam podczas odklejania od paznokcia, no i przede wszystkim nie jest aż tak klejąca jak np taśma bezbarwna, więc nie będziemy miały aż tyle zachodu z odklejaniem bez zepsucia wszystkiego nad czym pracowałyśmy w pocie czoła :) Z racji tego że postanowiłam zafundować sobie zygzaki na paznokciach, użyłam nożyczek do wzorkowania. Jeśli jednak nie masz takich w domu, to nie problem bo przecież każda z nas umie wyciąć zygzaki, prawda? Po prostu te do wzorków oszczędzają nam trochę czasu. Plus jest tez taki ze jeśli nie masz ochoty na zygzaki, przy użyciu normalnych nożyczek możesz wyciąć z taśmy cokolwiek innego np fale itp. Przejdę teraz do wykonania :)

1. Zaczynamy od pomalowania wszystkich paznokci jednym kolorem. Ja wybrałam szary bo stwierdziłam że każdy inny kolor będzie do niego pasować (nie wiedziałam jeszcze że użyję żółtego)
2. Przyklejamy wcześniej wycięte paski z taśmy malarskiej w dowolnej ilości/odległości. Nie musi być idealnie równo, przecież to 'mani' dla zabawy, a nie na ślub :)
3. Na paznokieć na który przykleiliśmy paski nakładamy dość cienką warstwę drugiego koloru lakieru do paznokci (wybrałam żółty, bo wydawało mi się że biały byłby zbyt nudny, a nie miałam ochoty na inne kolory). Jeśli jedna warstwa nie pokryje paznokcia wystarczająco, nakładamy drugą, również dość cienką. 
4. Czekamy aż lakier do końca wyschnie. Nie próbuj nawet odrywać pasków podczas schnięcia (uwierz mi, próbowałam i wszystko tym spieprzyłam) :) Kiedy mamy stu procentowa pewność że lakier jest zupełnie suchy, odrywamy po kolei paski od paznokci. Następnie pokrywamy paznokcie top coat'em żeby wszystko scalić w jedność i wygładzić paznokcie :) Gotowe ! :)

Tak wyglądają moje paznokcie po tym wyczynie. Tak jak wcześniej wspomniałam, jestem bardzo niecierpliwa i zaczęłam odrywać paski zanim lakier wysechł do końca, dlatego też efekt nie jest taki jakiego się spodziewałam. Miałam trochę roboty z 'naprawianiem' paznokci, ale gwarantuje wam że jeśli poczekacie aż  lakier wyschnie do końca, nie będziecie miały takich problemów :). Szczerze mówiąc, bardzo wkręciłam się w zdobienie paznokci, dlatego spodziewać się możecie więcej postów opisujących moje paznokciowe wariacje :) Jeśli macie jakieś ciekawe pomysły na paznokcie, podzielcie się nimi w komentarzach, chętnie ich spróbuje :) 



U.
xxx

sobota, 22 listopada 2014

Pomadki Maybelline Color Drama

Z pewnością nie jestem jedyną osobą wśród nas która ma obsesje na punkcie produktów do ust. W szczególności kolorówki. Niedawno do drogerii weszła nowa seria pomadek z Maybelline "Color Drama". Nazywam je pomadkami, ale tak na prawdę są to kredki do ust, które są dość duże i mają konsystencje pomadek. Kredko/pomadki nie są żadną nowością, jednak muszę przyznać że z kredkami o konsystencji pomadki (a nie tak jak zazwyczaj błyszczyka czy balsamu) spotykałam się tylko i wyłącznie w firmach z wyższej półki, a nie w drogeriach. Dlatego też gdy podczas zakupów zobaczyłam produkt który twierdzi że jest w stanie zapewnić nam pełne krycie ust, łatwą aplikacje i przyjemne uczucie na ustach, musiałam go wypróbować. W serii jest 9 kolorów, od cielistych poprzez róże, aż do krwistych czerwieni. Ja wybór miałam dość ograniczony, bo półka na której stały te kredki wyglądała jakby przeszło przez nią tornado, ale udało mi się znaleźć trzy kolory które zaspokajają moje wymagania. Wybrałam kredkę o kolorze cielistym (tak zwanego "nudziaka"), jedną w kolorze fuksji, no i klasyczną czerwoną, czyli zgarnęłam wszystkiego po trochu :)







































Jak już zdążyłam napomknąć, kredki mają konsystencje (jak dla mnie) idealnej, nawilżającej pomadki. Są bardzo masełkowate i przyjemne za równo podczas aplikacji jak i kilka godzin po niej. Mimo tego że kredki nie mają błyszczącego/perłowego (nazywajcie to jak chcecie) wykończenia, a jest ono raczej satynowe (bardzo blisko im do matu), to ku mojemu zaskoczeniu okazały się bardzo nawilżające i ani w trochę wysuszające. Kolory na plus. Konsystencja na plus. Czy może być lepiej? Tak! Mimo tego że jestem gadżeciarą, bardzo podoba mi się to że kredki są "standardowe", wystarczy nam zwykła temperówka żeby je naostrzyć, dzięki czemu mamy więcej produktu niż w wykręcanych kredkach w plastikowych opakowaniach. A wspominałam już o tym jak długo utrzymują się na ustach? I tu kolejne zaskoczenie, bo po nałożeniu kredki na usta rano, całym dniu rozmów, jedzenia oraz picia, na koniec dnia kolor nadal widoczny był na ustach! Wiadomo że kolor nie był aż tak intensywny jak zaraz po aplikacji, ale nie możemy oczekiwać tego po kredkach za £4.99 (około 20/25zl).




















Kolory na które się skusiłam to różowy "Fuschia desire", czerwony "Red essential" oraz cielisty "Nude perfection". Można by powiedzieć że tymi trzema kredkami zaopatrzyłam się na każdą możliwą okazje, ale wiadome jest że na tym nie poprzestanę :) Na "swatch'ach" (grr, nie znoszę tego określenia) widać jak intensywny kolor dają te pomadki. Podobają się? To teraz pokażę wam jak wyglądają na ustach :)

Fuschia Desire

Red Essential

Nude Perfection





















































Jak widać na jednym ze zdjęć wyżej, najczęściej używam kredki o kolorze cielistym, która idealnie nadaje się do użytku każdego dnia, kiedy nie mam za wiele czasu na robienie makijażu, tej różowej i czerwonej używam trochę rzadziej, ale mam wrażenie że i tak od czasu kiedy je kupiłam, na ustach nie miałam nic innego niż własnie te trzy kredki. To chyba o czymś świadczy prawda? Kiedy mam je na ustach nie czuje się "sztucznie", mam wrażenie że na ustach mam tylko balsam, a to zawsze jest duży plus jeśli chodzi o kolorówkę do ust :) Podsumowując, moim zdaniem za taką cenę nie znajdziecie lepszych produktów do ust (serio), i szczerze mówiąc byłabym w stanie zapłacić za te kredki dużo więcej, wiec jestem bardzo zadowolona i z ceny, i z produktu :) Jeśli zastanawiacie się czy warto wypróbować pomadek w takiej formie, to na prawdę nie macie nad czym rozmyślać, po prostu wciągajcie buty i maszerujcie prosto do drogerii własnie po kredki Maybelline Color Drama! :)



U.
xxx

czwartek, 20 listopada 2014

Lakierowy eksperyment

Dlaczego lakierowy eksperyment? Dlatego że jestem jedną z tych osób które mimo obszernej kolekcji lakierów oraz ogromnej miłości do pomalowanych paznokci, nie ma cierpliwości do tworzenia jakiś oryginalnych wzorów :) Jednak ostatnio z okazji naszej piątej rocznicy, razem z moim chłopakiem wybraliśmy się wieczorem na miasto, i poczułam wewnętrzną chęć pokombinowania na paznokciach :) Wiem ze wśród was jest pełno osób które wzory na paznokciach opanowały do perfekcji, dlatego proszę żebyście nie popłakały się ze śmiechu patrząc na moją próbę :) Do wykonania całości użyłam trzech lakierów oraz nitek do paznokci (które podczas aplikacji doprowadzały mnie do szalu) :)





















Lakiery których użyłam są moimi aktualnymi ulubieńcami, są to lakiery na których wiem że mogę polegać w stu procentach i które poleciłabym każdemu :) Cały paznokieć pokryłam bordowym lakierem z Essie o nazwie Bahama mama, do tego część paznokcia pokryłam czarno/niebiesko/fioletowo/złotym brokatowym lakierem z Barry M który niestety nie ma nazwy (przynajmniej ja nie mogę się jej doszukać na butelce) no i na koniec pomalowałam wszystko Top Coat'em z Seche Vite żeby paznokcie dłużej się utrzymały i ładnie błyszczały :)
























Wszystkie paznokcie pomalowałam bordowym lakierem z Essie, a na kciuku oraz palcu serdecznym zrobiłam "coś" co ośmielam się nazwać wzorkiem (kupa śmiechu) :) Użyłam też srebrnych nitek które kupiłam na ebay za po prostu grosze. Wiem że na zdjęciach nie bardzo widać jak to wszystko wygląda, ale nie dałam rady zrobić większych zbliżeń w tak fatalnym świetle jakie mi się przytrafiło, więc za to przepraszam :) Gdybym miała podsumować moją prace (nie efekt końcowy) to muszę przyznać że z lakierami nie miałam najmniejszego problemu, jednak nitki doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Są tak małe ze ciężko nad nimi zapanować, przyklejają się do wszystkiego tylko nie do paznokcia i myślę że tak szybko ich nie użyje drugi raz. Ewentualnie będę w stanie się tak poświęcić na jakąś większą okazje, ale codziennie? O nie. Słyszałam ostatnio o foliach na paznokcie które smaruje się klejem a potem odrywa i mamy ładny wzorek na paznokciu od tak, więc chyba to będzie coś dobrego dla mnie :) Dajcie znać jeśli używałyście takich folii, chętnie się dowiem czy warto coś takiego kupić :) Przepraszam za dość krótkiego posta, już niedługo będę miała dłuższą chwilę dla siebie i na pewno napiszę coś ciekawszego :)



U.
xxx

poniedziałek, 17 listopada 2014

Peeling do twarzy z Botanics

Dziś przychodzę do was z krótkim, nie planowanym postem. Podejrzewam że część z was nie będzie zadowolona, ponieważ produkt o którym napisze jest dostępny wyłącznie w Wielkiej Brytanii (Chyba że Boots dostępny też jest w innych krajach, tego nie wiem) a niestety nie w Polsce. Mam jednak cichą nadzieję że czyta mnie kilka osób które nie będą miały utrudnionego dostępu do tego produktu. Normalnie nie pisałabym takiego posta, ale nie mogłam nie wspomnieć o czymś co aż tak mnie zachwyciło :) O czym mowa? Mówię o peelingu do twarzy z firmy Botanics dostępnej tylko i wyłącznie w drogeriach Boots.


Nad stworzeniem serii produktów Botanics, Boots współpracował z królewskimi ogrodami botanicznymi Kew, co samo w sobie brzmi imponująco :) Nigdy wcześniej nawet nie zwracałam uwagi na tą firmę i jej produkty, ale ostatnio coś mnie podkosiło żeby w końcu czegoś z niej spróbować. Padło na peeling do twarzy. Dlaczego? Porządkowałam ostatnio w kosmetykach i ku mojemu niezadowoleniu zmuszona byłam wyrzucić wszystkie peelingi do twarzy, bo niestety były już bardzo blisko ukończenia swojego terminu przydatności. Biedna ja. :) 


Peeling przy dwukrotnym użyciu tygodniowo, za zadanie ma rozświetlać naszą cerę (w składzie znajduje się rozświetlający hibiskus) oraz delikatnie oczyszczać twarz z wszelkich zanieczyszczeń które znajdują się w powietrzu i siłą rzeczy osiadają na naszej skórze. Po otworzeniu tubki, spodziewałam się jakiegoś kwiecistego zapachu, jednak peeling okazał się być bezzapachowy, co prawdopodobnie stanowi plus dla wielu osób. Konsystencja peelingu ku mojemu zaskoczeniu i ogromnemu zadowoleniu okazała się gęsta, a drobinki dość małe i delikatne. Od razu wiedziałam że ten peeling nie posłuży mi do pozbycia się wszelkich zaskórników, bo jest po prostu zbyt delikatny. Jednak nie tego od niego oczekiwałam, więc nie stanowiło to dla mnie jakiegoś większego problemu :) 


Ze swojej strony mogę od razu przeprosić za zdjęcie powyżej, zdaję sobie sprawę z tego jak komicznie na nim wyglądam, ale czego się nie robi aby godnie zaprezentować produkt :) Od czasu zakupu, użyłam peelingu około 4 razy i muszę przyznać że jestem pod wielkim wrażeniem! :) Moja cera wydaje się o wiele czystsza, bardziej rozpromieniona. Co zaskoczyło mnie najbardziej, to to że po wieczornym użyciu peelingu, rano moja twarz wyglądała na o wiele mniej zmęczoną. Nie mam pojęcia który ze składników (które są w stu procentach naturalne) ma takie cudowne działanie na skórę, ale jeśli ktokolwiek zapytałby mnie czy warto kupić ten peeling moja odpowiedz brzmiałaby "bierz w ciemno!". Mimo tego że granulki w peelingu są dość małe i delikatne, po kilkukrotnym użyciu zauważyłam że zaczynają pozbywać się tych wrednych zaskórników z okolicy nosa które czasami doprowadzają mnie do szału :) Za tubkę 75ml w Bootsie standardowo zapłacimy £3.99, lub tak jak ja na promocji £1.99! Chyba już lepiej być nie może. Jak dla mnie peeling spisuje się na piątkę z plusem i nawet gdybym wytężyła głowę, nie byłabym w stanie doszukać się choć jednego minusa :). Jeśli miałyście styczność z kosmetykami Boots Botanics, dajcie znać co o nich myślicie! :) No i oczywiście jeśli mylę się co do dostępności tych kosmetyków w Polsce, oświećcie mnie, proszę :)



U.
xxx

niedziela, 16 listopada 2014

Lakierowe cmentarzysko

Ci którzy mnie znają, bardzo dobrze wiedzą że bez pomalowanych paznokci nie ruszę się z domu. Uwielbiam kolekcjonować lakiery do paznokci i muszę przyznać że przez lata uzbierało mi się ich na prawdę sporo. Część z nich już dawno wylądowała w koszu, ale ostatnio zauważyłam że w moim lakierowym pudelku znów zaczyna się robić ciasno. Popatrzałam co mam w środku i zrozumiałam że znów nadszedł czas na wielkie porządki, ponieważ dosyć sporo lakierów w moim pudelku było po prostu starych i nie nadających się do użytku. Nie powiem że było mi łatwo, bo przywiązuję się do moich cudeniek (czy to już choroba?) ale ktoś musiał to w końcu zrobić. Będę twarda, pomyślałam. To co, zabieramy się za sprzątanie? :)























Na zdjęciach powyżej widać że raczej łatwej roboty nie miałam, bo przecież jak tu pozbyć się tak ładnych kolorków? :) No ale moja "lakierowa choroba" chyba jeszcze nie jest aż tak zaawansowana, bo nie mam zamiaru używać lakierów które już od dawna są po prostu stare :) Przed wyrzuceniem części z tych lakierów, nie pomyślałam żeby policzyć wszystkie, ale cwana ja, zliczyłam lakiery ze zdjęcia i okazało się że było ich aż 52! Dla mnie szok. Nie myślałam że było ich aż tyle. Wiem że są osoby które posiadają 52 odcienie jednego koloru i dla nich ta moja "kolekcja" jest śmiesznie mała, ale dla mnie i tak jest to spora liczba :) Pokażę wam (zdjęcia niżej) których lakierów byłam zmuszona się pozbyć i jeśli jesteście ciekawe co to za kolory, pytajcie w komentarzach i na pewno odpowiem :)






















W mojej kolekcji można było znaleźć lakiery naprawdę przeróżnych firm, od Maybelline czy Rimmel poprzez Barry M czy Essie aż do Butter London itd. Znalazłoby się coś dla każdego :) Mimo tego że ciężko było mi rozstać się z większością moich lakierów, gdybym miała być szczera, nie sprawiłoby mi najmniejszego problemu wymienienie tych lakierów na te same tylko nowe :) Jednak wydaje mi się że nie wrócę do tych samych lakierów i puste miejsce w pudelku wypełnię czymś czego jeszcze nie próbowałam. Jeśli macie jakieś lakiery godne polecenia, dajcie znać! Chętnie wypróbuje :) Teraz może pokażę wam które lakiery zostały w mojej malej kolekcji :)

Butter London - Wellies / Barry M - Mustard / Barry M - Peach Melba

Barry M - Navy / Barry M - Blue Plum / Barry M - Black

Barry M - Berry Ice Cream / Barry M - Prickly Pear / Barry M - Plum

Ingrid 17 / Lemax / Maybelline - 83 / Models Own - Sundress / Barry M - Rose Hip

Pablo / Essie - Chinchilly

Barry M - Huckle Berry / Rimmel - Peppermint / Barry M - Green Berry 

Barry M - Glitters (Pink, Gold, Black)

Essie - Toddle to the top / Essie - Bahama mama

Eveline 8w1 Total Action / Sally Hansen - Maximum Strenght / Sally Hansen - Insta Dry /
Seche Vite Top Coat


























Lakiery które mi zostały są moimi stu procentowymi ulubieńcami i polecam je każdej z was która jest nimi zainteresowana :) Sama też chętnie spróbuję czegoś nowego, także piszcie jakie lakiery są waszymi ulubieńcami :) Mam nadzieje że nie zanudziłam was tą gadaniną o lakierach i że części z was spodobało się zaglądanie do mojego "lakierowego pudełeczka" i takie trochę pomaganie mi w domowych porządkach! :)


U.
xxx

piątek, 14 listopada 2014

Too faced "Joy to the girl"

Wielkimi krokami zbliżają się Święta a co za tym idzie to firmy wypuszczające na rynek nowe produkty w cudownych świątecznych opakowaniach. To ten czas w którym większość z nas nie potrafi przejść obojętnie obok takich cudeniek :) W zeszłym roku nie było inaczej. Wtedy upatrzyłam sobie kosmetyki firmy Too Faced, a w szczególności paletę "Joy to the girl". Niestety, z racji tego że świąteczne limitowane edycje znikają z pólek jak świeże bułeczki, kiedy ruszyłam do sklepu, już dawno ich tam nie było. Podczas ostatnich zakupów weszłam do TK Maxx i z czystego przyzwyczajenia od razu powędrowałam do działu z kosmetykami. Do teraz myślę że to nie mógł być przypadek, bo kiedy zobaczyłam na półce paletę "Joy to the girl" moja radość była ogromna. Wiem że teraz bardzo ciężko jest gdziekolwiek dostać tą paletę, ale mimo tego chciałam się podzielić moją opinia na jej temat. A nóż wy też będziecie miały tyle szczęścia co ja i napotkacie się na nią w jakimś sklepie :)
"Joy to the girl" to świąteczna paleta wypuszczona na rynek w 2013 roku, która zawiera 15 prawie pełnowymiarowych cieni (w palecie 1.6g, pojedynczo 1.7g) oraz pełnowymiarową maskarę "Lashgasm" (12ml.)
Na pierwszy rzut oka paleta wygląda całkiem przyjemnie. Jest bardzo dziewczęca i nie koniecznie jej opakowanie jest bardzo "świąteczne" ale wygląda całkiem ładnie. Pomijając wygląd, paleta wydaje się być dość mocna i stabilna lecz nie do końca praktyczna z powodu jej rozmiaru. Opakowanie jest duże, grube, rozmiarem przypominające książkę. W środku, z lewej strony mamy trzy propozycje makijaży które możemy wykonać przy pomocy cieni które znajdują się po prawej stronie. Po tej stronie mamy również miejsce na maskarę :) 


Cieni w palecie jest 15, są satynowe, matowe i perłowo/brokatowe (nazywam je tak ponieważ sama do końca nie potrafię określić ich jednym słowem). Gama kolorystyczna jest na prawdę świetna. Znajdziemy w niej standardowe brązy, ale też i róże, fiolety, a nawet brokatowy błękit :) Mimo tego że niektóre z kolorów na pierwszy rzut oka mogą trochę przerażać, wszystkie cienie utrzymane są w ciepłych, neutralnych barwach, co mnie jako posiadaczce niebieskich tęczówek bardzo odpowiada :) A tak wyglądają wszystkie cienie:  (przepraszam za ilość zdjęć :))

Cookie Dough - ciepły cielisty (mat)

Cheers! - Szampański (perłowy)

Prancer - głęboki złoty (perłowy z drobinkami)

Sugar Plum - Fioletowo-Szary (Perłowy/metaliczny)

Mulberry - Brązowo-fiołkowy (mat)

Snow Angel - Jasny cielisty (mat)

Powdered sugar - różowo-cielisty (mat)

TooToo - pudrowy różowy (mat z małą ilością drobinek. Dziwne nie?)

Yule Log - Czekoladowy (Perłowy z drobinkami)

Chestnut - Brąz (perłowy)

Twinkle - złoto-złoty (brokatowy?)

Joy - Morsko niebieski (perłowy)

Spike the punch - brzoskwiniowy (perłowy)

Chimney - ciemno szary (perłowy)

Coal - ciemno czarny (mat)


Do palety dołączona jest pełnowymiarowa maskara "Lashgasm". Maskara ma za zadanie ekstremalnie wydłużyć nasze rzęsy przy użyciu cienkiej, plastikowej szczoteczki. Szczerze mówiąc, nigdy nie przepadałam za "wydłużającymi" maskarami, ale skoro była w zestawie, to żal byłoby jej nie wypróbować :)


Po kilku użyciach zauważyłam że tusz jest na prawdę bardzo czarny, nie kruszy się, a szczoteczka dość ładnie wydłuża rzęsy. Taki efekt uzyskałam po nałożeniu jednej warstwy: 

przed
po
Sama z siebie raczej nie zainteresowałabym się ta maskarą z racji tego że wolę maskary pogrubiające rzęsy i nadające objętości, a za plastikowymi szczoteczkami nigdy nie przepadałam. Jednak, muszę przyznać że efekt jaki ta maskara daje bardzo mi się podoba, w szczególności po nałożeniu kilku warstw. Dodam jeszcze że maskara nie osypuje/kruszy się, a efekt utrzymuje się w takim samym stanie od rana do wieczora :) Jak dla mnie maskara jest na plus :)

W zeszłym roku kiedy "Joy to the girl" dostępna była w większości sklepów, trzeba było zapłacić za nią £38, czyli wcale nie mało. Mnie w TK Maxx udało się wyrwać tą paletę za £12 z czego jestem niesamowicie zadowolona! :) W palecie jest 15 cieni które pojedynczo kosztują £13.50 za sztukę, oraz maskara za £18. Kiedy podliczymy to wszystko zrozumiemy że musielibyśmy zapłacić £220.50 jeśli chcielibyśmy kupić każdy z tych produktów osobno. Porównując to do £12 które ja wydałam... Wow! 

Podsumowanie palety

                      Plusy          

  • Ładne opakowanie
  • Cudowne ciepłe odcienie
  • Dużo cieni = dużo makijaż
  • Masełkowate/łatwe w aplikowaniu cienie 
  • Genialna maskara jako dodatek
  •  Pełnowymiarowe produkty


                   Minusy 

  • Mało praktyczne opakowanie
  • Trawłość (Niestety po kilku godzinach cienie nie są tak intensywne jak przy aplikacji.)
  • Niestety jedne cienie są bardziej napigmentowane od drugich.

Jestem bardzo zadowolona z tego zakupu, jak widać firma Too Faced jeszcze mnie nie zawiodła :) Ciekawa jestem świątecznych produktów wypuszczonych w tym roku. Jeśli posiadacie tą paletę lub tę z tego roku, dajcie znać co o nich myślicie ! :)
Chciałabym przeprosić za ilość zdjęć w tym poście. 



U.
xxx